To by było na tyle

Przyjechałem do Polski już kilka tygodni temu, ale teraz dopiero zmobilizowałem się żeby dokończyć, albo raczej napisać słowo końcowe, bo to co doświadczyłem i przeżyłem od ostatniego wpisu niestety nie jestem już w stanie odtworzyć. Notatek nie robiłem a dokładniej nie takie, które nadawałyby się na publiczne ujawnianie.

Po bestialskim obrabowaniu nas w wiecznym mieście Rzym :) (gdzie dodatkowo na poprawę humoru złapałem 2 gumy!!) Pietras wyruszył w ojczyste strony a ja obrałem kierunek na Sycylię i tam właśnie spędziłem Święta i Nowy  2011. Następnym celem była Grecja, skróciłem sobie trochę drogę i przepłynąłem promem z Brindisi do Igumenitsy. Potem przejechałem całą Turcję do granicy z Syrią, na której przemiły Pan celnik kazał mi się zabierać z powrotem (nie dostałem wizy) i tym samym zakończył moją podróż bo nie miałem już jak dostać się na bliski wschód. Moim ostatecznym celem była Jerozolima ale nie udało się. Może kiedyś jeszcze tam dotrę.

Droga powrotna przez Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację była dość uciążliwa ze względu na wciąż spadającą temperaturę na zewnątrz i niestety w aucie również ;)

Chcielibyśmy podziękować wszystkim za zainteresowanie, pomoc i chęć niesienia pomocy. Przesyłam również serdeczne podziękowania dla sieci restauracji Mc Donald’s oraz hipermarketów Carrefoure za możliwość dokonywania codziennej toalety ;)

dołączam kilka zdjęć słabej jakości ( robione na jednorazówce)

POZDRAWIAMY

Michał i Piotrek

 

 

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Po Madrytcie już tylko Barcelona. Droga w pierwszych dniach okazała się bardzo przyjemna, pogoda ładna, piękne widoki. Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się w Siguenza Miasteczko turystyczne, stara zabudowa, wszystko łanie odnowione, bardzo duża katedra jak na taką miejscowość i zamek na wzgórzu, w którym obecnie jest hotel trzy gwiazdkowy. Mieliśmy się tam zatrzymać ale stwierdziliśmy, że mamy więcej gwiazdek u siebie. Ale że miasto położone było w górach to noc dobrze przymroziła i trzeba było porządnie się ubrać do spania. Na drugi dzień słońce mocno się oparło i od razu zrobiło się przyjemniej. Poszliśmy na szybkie zwiedzanie, Pietras cały czas studiuje rozmówki hiszpańskie i coraz lepiej mu idze gadka z Hiszpanami a jeszcze lepiej z Hiszpankami jak na przykład w muzeum gitary w Siguenza, gdzie porozmawiał ze zrozumieniem z miłą Panią, która jednak ni w ząb nie znała angielskiego :]

Stamtąd pojechaliśmy w stronę Zaragozy, oczywiście po rodze trzeba było kilka razy się zatrzymać, dolać wody chłodnicy. Przyjechaliśmy tam wieczorem i dość długo szukaliśmy miejsca do parkowania wtedy zatrzymał nas jak się okazało Litwin, który tam pracował, że nam pokaże miejsce, otworzył drzwi i wskoczył nam do auta. Strasznie niewyraźnie mówił i nie mogłem go zrozumieć bo nie miał wszystkich jedynek i dwójek. Jak nam pokazał to miejsce to okazało się, że płatne i trzeba było szukać innego.Pogoda na drugi dzień w Zaragozie kiepska więc praktycznie nie zwiedzając pojechaliśmy w stronę Barcelony.

Po przejechaniu 56 km nagle w aucie huk i przednia szyba poszła w mak. Prawdopodobnie przejeżdżający wielkowóź (TIR) poczęstował nas kamyczkiem. Zjechaliśmy na pobocze i na szczęście miałem wykupione assistance bo jak potem okazało podwózka z powrotem do Zaragozy kosztowałaby nas jakieś 500zł. Aktualnie siedzimy na parkingu przy hipermarkecie i główkujemy jak najtaniej wymienić tą szybę bo w serwisie VW powiedzieli nam 350 euro :]

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

60-66 dzień – 6-12 listopad 2010

Z Valenci pojechaliśmy do miasta, które nam wskazał Marek czyli Cullera, 40 km od Valenci. Tam poznaliśmy brygadzistę z Armenii, powiedział że będzie dzwonił jak coś znajdzie ale niestety. Zakotwiczyliśmy tam na kilka dni ale jak nie było widoku pracy, ruszyliśmy się do pobliskiej Sueca, dookoła pełno pól z pomarańczami i mandarynkami ale niestety pracy brak, wszędzie słyszeliśmy, no trabajo completo.

Jeszcze jedna noc przy McDonald’s i Eroski w Cullera i pojechaliśmy do Madrytu. W stolicy podjechaliśmy bezpośrednio pod Estadio Santiago Bernabeu, była środa i akurat skończył się mecz pucharowy z Murcią 5:1. Ludzie dosłownie wypłynęli ze stadionu na ulice dookoła i od razu wpadali do pobliskich pubów, cafeterii na mecz Barcelony.

W Madrycie niestety już nie tak ciepło jak w Valenci tylko 11 st. w nocy. W weekend pod stadionem rozłożyli się handlarze w strojach średniowiecznych i odbywał sie kiermasz.

No i na koniec chciałbym życzyć Wszystkiego Najlepszego na 17 urodziny mojego brata Wiktora, które wczoraj obchodził!!! Trzymaj się Młody, no i na ten stadion jeszcze raz przyjadę ale jak ty tam zagrasz!!

Opublikowano Uncategorized | 3 komentarzy

57-59 dzień – 3,4,5 listopada 2010

W Valenci wszystko kręciło się w okół turnieju tenisowego ATP Valencia OPEN500, na który Pietras zakupił bilet, a że na jeden bilet można było wejść na trzy mecze to nawet ja się załapałem na mecz Davydenko (RUS)-Simon (FRA). Piotrek oglądnął Monaco (ARG)-Granollers (ESP) i Soderling (SWE) – Monfils (FRA). Pierwszy raz oglądałem taki mecz i muszę przyznać, że na żywo dużo większe emocje niż przed szklanym pudełkiem.

Bardzo ładne mają tu obiekty i bardzo nowoczesne. Poza tym na parkingu mieliśmy próbę włamu, oba zamki z przodu rozbite ale na szczęście nie zwiedzali wnętrza. Poznaliśmy tu Polaka, Marka który dał nam namiar gdzie można złapać pracę przy zbiorach mandarynek. Bo to nie taka łatwa sprawa jakby się wydawało, powiedział że tu są brygady, czy bandy latynoskie które opanowały ten biznes. I podał nam adres gdzie pracują Polacy czy Ukraińcy i może ewentualnie tam. Także dziś zawijamy się tam i zobaczymy a tu i tak nie na zwiedzamy się bo trzeba pilnować wozu. Na parkingu cały czas stoi 2 czarnoskórych osobników i tylko białka w oczodołach im się ruszają, gdzie i co się dzieje. To tzw. samozwańczy parkingowi jak mu nie dasz za pilnowanie wozu to sam sobie weźmie :] Piotrek pozdrawia tenisistów myślenickich, tak więc również przyłączam się do pozdrowień.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

54-56 dzień – 31 października 1 i 2 listopada 2010

Te trzy dni spędziliśmy w podróży między Gibraltarem a Valencią, z tego co pamiętam to około 700 km. Była przygoda na parkingu w miasteczku Marbella gdzie poszliśmy zagrać w tenisa na korcie pięciogwiazdkowego hotelu. Potem przy wyjeździe wycofałem w lampę na parkingu tegoż właśnie hotelu i niestety wywróciła się, rozbiła, narobiła hałasu, przyjechał ochroniarz. Zadzwonił po policję, przyszło najpierw 2 chodnikowców, następnie 2 na motorach z drogówki i afera co najmniej water gate ;] już myślałem, że kajdanki i pójdziemy z Pietralą za kraty ale skończyło się na podaniu numeru polisy i dalej w drogę, nawet mandatu nie dali co u nas pewnie by nie przeszło. Jedną nockę spaliśmy gdzies blisko gór bo ciepło nie było, ale po zajechaniu do Valenci znów gorąco. Na stacji benzynowej w trasie Pietra znalazł 5 euro i to wtedy kiedy już wydałem ostatnie euro jakie mieliśmy w gotówce także przybiliśmy piątaka i było jedzenie na kolację i śniadanie ;] Po drodze cały czas góry, góry i góry skaliste i łyse, a na szczytach raz po raz widać zamki.

Właśnie jesteśmy w Valenci Pietras wybiera się tu na turniej tenisowy no i będziemy szukać roboty na zbiorach mandarynek, pomarańczy i oliwek bo tutaj tego pełno i właśnie zbierają. Zdjęć nie dodam bo padła nam ładowarka i nie uruchomię aparatu ;[ może później. No to do następnego kliknięcia.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

52-53 dzień – 29,30 października 2010

Z Sewilli pojechaliśmy jeszcze tego samego dnia do Gibraltaru, przenocowaliśmy chyba w najwyżej położonym miasteczku w tym rejonie. W nocy jadąc Piotrek wypatrzył, że na górze jest chyba ładne miasto bo się tak świeci, jak tam wjeżdżałem to bałem się, że naszego Plamiastego podniesie i przekoziołkujemy do tyłu. Na prawdę mieszkają tam na stromych pagórkach, bo to już nie pierwsze takie podjazdy, u Basków było podobnie. Ogólnie cały kraj górzysty i skalisty. Na następny dzień dotarliśmy do Gibraltaru czyli hiszpańska La Linea. Po stronie hiszpańskiej miasteczko nie za ładne, brud na ulicach jak to u nich. Kiedy przeszliśmy na stronę angielską żeby wyjść na skałę Gibraltaru całkiem inny świat, ulice czystsze widać inną rękę zarządzającą, a do tego jeszcze strefa bezcłowa i ciągły ruch na granicy. Hiszpanie autami, na piechotę i skuterkami jeżdżą tam i z powrotem przewożąc alkohol, papierosy i paliwo. Pietras kupił 3 sztangi papierosów na handel mam nadzieję, że zanim sprzeda to jeszcze choć paczka się ostanie ;] ( 1 paczka średnio 1,20 euro a w Hiszpanii 3,30).

Przeszliśmy się główną ulicą main street i poszliśmy na skałę Gibraltaru. Widok stamtąd  piękny a dodatkowych wrażeń dodały tamtejsze małpy. Na prawdę dobrze wycwanione, wskakują na przejeżdżające auto i próbują wyłudzić coś do jedzenia, otwierają kosze, na prawdę dobra zabawa, poniżej na zdjęciach ;)

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

51 dzień – 28 października 2010

Z Lizbony wyruszyliśmy w stronę Gibraltaru, który jest położony około 600 km na południowy wschód od niej. Po drodze mieliśmy miejscówkę w mieście Jarez, gdzie znajdowały się resztki zamku templariuszy z XIII wieku. Następnie po drodze trafiliśmy do Sewilli na mały rekonesans. Zaparkowaliśmy zaraz przy arenie corridy w samym centrum miasta.  Bardzo ładną mają katedrę, rzeźby mają ciemną karnację jak we wszystkich, w których byliśmy w tym rejonie. Przed katedrą dorwała mnie cyganka i coś tam wróżyła po hiszpańsku, więc musiałem jej jakąś blachę rzucić.

Dookoła po drodze sucho, ziemia czerwona, palmy, pomarańcze na drzewach prawie w każdym mieście, które mijaliśmy. Korzystamy więc z dobrodziejstwa natury i raz za czas zerwiemy sobie aby spożyć.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy